A. Cole & C. Bunch        Sten

    . 34 .    

    Jak na osobę, która właśnie dokonała ważnego odkrycia, Ida wyglądała dość ponuro. Znalazła Projekt Bravo. Stanowiło to paskudny problem nawet mimo pomocy Stena. Było gdzieś, rzecz jasna, w okolicach Dzielnicy. Albo tego, co niegdyś nazywano Dzielnicą. Ale cały ten obszar stanowił labirynt korytarzy, fabryk, domów. Oraz specjalnie skonstruowanych komputerowych pułapek, opracowanych przez kogoś, kogo genialny umysł Ida doceniała coraz bardziej.

    - Zrobiłam to w taki sposób - powiedziała grupie zgromadzonej dookoła jej terminala - że założyłam, iż Projekt Bravo został oddzielony od reszty Vulcana.

    - To oczywiste - stwierdził Sten. Ida popatrzyła na niego.

    - To znaczy, że ludzie tam pracujący muszą być objęci szczególnie ścisłym nadzorem. Ale to wyjątkowi ludzie. Nie więźniowie. A więc stwierdziłam, że musieli ich po prostu kupić. Najlepsze jedzenie. Drinki. Seks. Wiadomo.

    Doc uśmiechnął się paskudnym uśmiechem małego, pluszowego, złośliwego misia. Ida miała więcej rozumu, niż mu się kiedykolwiek zdawało.

    - Poszukałam luksusowych jadłodajni. I kto zamawia filmy dla intelektualistów i inne takie rzeczy.

    - No i? - spytał Sten.

    Ida nacisnęła kilka klawiszy. Na ekranie zakwitł trójwymiarowy model laboratorium Projektu Bravo. Wszyscy przyglądali mu się w skupieniu.

    - Przewidywania - powiedział Jorgensen. - Bezpośredni szturm spowoduje niepotrzebne straty. Przy użyciu konwencjonalnych środków taktycznych efekt misji wątpliwy.

    Doc pokiwał głową. Jego wąsy zadrgały na znak zgody. Inni czekali na dalsze wnioski.

    - W obecnie istniejących warunkach - powiedział - Jorgensen ma rację. Ale co się stanie, jeśli przesuniemy to o stopień wyżej?

    Jorgensen zaczął się zastanawiać.

    - Czarne operacje... Wzrasta liczba danych... Cel Bravo... Tak... możliwości... ale zbyt liczne, aby je zanalizować.

    Przedyskutowali to.

    - Głosuję za tym, abyśmy przeszli na następny poziom powiedział Sten.







   - Dlaczego, do jasnej cholery, właśnie ja mam to mówić? szeptał Sten.

    Doc usiłował nauczyć się szyderczego uśmiechu. Ale nie zdążył jeszcze uchwycić właściwego wyrazu.

    - Zwykły środek nacisku. Bardzo łatwo jest wpływać na was, ludzi.

    - Jeśli to takie łatwe, to dlaczego ty nie wleziesz na skrzynki?

    - To proste - stwierdził Doc sucho. - Jak to ty ciągle mi powtarzasz, kto uwierzy pluszowemu misiowi?

    Sten rozejrzał się po innych członkach zespołu.

    - Możesz powiedzieć im wszystko, tylko nie prawdę, stary - dodał Alex. - Ludzie nie bardzo lubią, kiedy im się wali prawdą między oczy.

    Bet tylko uśmiechnęła się do niego. Sten wziął głęboki oddech i wdrapał się na szczyt spiętrzonych desek.

    Ponad czterdziestu zgromadzonych w magazynie Migów patrzyło na niego. Za nimi grupa Buntowników z ciekawością mierzyła Stena wzrokiem.

    - Nie mam pojęcia, co Kompania o was pomyśli - powiedział Sten - ale dla mnie jesteście wystraszeni jak małe króliki!

    Tłumek zafalował.

    - Mój tato zawsze mówił mi, najważniejszym narzędziem, jakie masz, jest czterokilogramowy młotek. Używaj go do walenia swojego majstra między oczy raz za razem, tak dla zwrócenia na siebie jego uwagi. Patrzę teraz na czterdzieści siedem czterokilogramowych młotków. Wy i wasi kumple możecie zwrócić czyjąś uwagę. Zaczynając od następnej zmiany.

    Rosło poruszenie wśród ludzi stojących poniżej niego.

    - Wszyscy macie pracę, i wy, i wasi koledzy dosyć się już narobiliście. Nie mam zamiaru stać tutaj w górze i mówić mistrzom, jak nastawiać świdry.

    - Pamiętajcie tylko o jednym. Nie ma nas wielu. Jesteśmy w takiej sytuacji jak terminator, któremu zabrano połowę zestawu narzędzi. Jeśli zbyt wcześnie zużyjemy to, czym dysponujemy, to zostaniemy z nie wykończoną robotą.

    Mężczyźni kiwali głowami. Sten mówił tak, że mogli go zrozumieć. Wąsy Doca drżały. Właściwa procedura, analizował, nawet jeśli nie rozumiał analogii.

    Sten zaczekał, aż umilkły rozmowy. Wzniósł ramię, pół

    - Wolny Vulcan.

    Skinął na Buntowników, aby zaprowadzili Migów z powrotem przez przewody wentylacyjne na ich własny teren, i zeskoczył ze skrzynek.

    - I jak, Alex?

    - Raczej nie jesteś Burnsem... ale to zadziała. Tak, to zadziała.







    Mig patrzył sceptycznie na swoją broń. Nie wzbudzała i zbytniego zaufania. Zestaw rurek z ołowiu i miedzi, zlutowanych razem. Odśrubował zatyczkę, wziął dwie tabletki tiosiarczaru sodu, które wypadły mu na dłoń, wsadził broń z powrotem w ubranie i poszedł w dół korytarza.

    Oddech... oddech:.. oddech... normalnie... jesteś w drodze, a aby poinformować swojego majstra o małej awarii. Nie ma żadnego pośpiechu...

    Dotknął brzęczyka przy drzwiach. Usłyszał odgłos kroków i majster nieoczekiwanie pojawił się przed nim.

    Wyglądał na zaskoczonego. Zapytał o coś, czego Mig nie a dosłyszał poprzez ryk w uszach, gdy wyciągał broń i dotykał spustu. Poprzez wolframowe druty popłynął prąd elektryczny; druty rozjarzyły się i spowodowały utworzenie się azotanu amonowego.

    Azotan wystrzelił pojemnik z kwasem pruskim, który trafił prosto w szyję mężczyzny. Majster zabulgotał i runął do tyłu.

    Udało się. Mig rzucił broń gazową na pierś martwego technika i odszedł. Wyjął z kieszeni kombinezonu kapsułkę z azotynem amylu i zgryzł ją - kompletując w ten sposób antidotum na kwas pruski - otrzepał rękawice i zniknął w głębi korytarza.







    Ida leniwie machnęła ręką i pokrywa robota otworzyła się. Popatrzyła do środka, na olbrzymi deser na tacy.

    - Robisz się gruba - powiedział Jorgensen.

    - Poprawka. Ja nie robię się gruba. Ja jestem gruba. I mam zamiar jeszcze utyć.

    Zaczęła pochłaniać megakaloryczną mieszankę, wpychając ją do ust jedną ręką, a drugą stukając w klawisze komputera.

    - Czy już wymazałaś tamte dane? - spytał Sten.

    - Całe godziny temu.

    - To co, do cholery, robisz teraz?

    - Przypadkowo natrafiłam na zapis środków płynnych Kompanii. I jeżeli uda mi się podłączyć, mogę przesłać, ile chcę, na jakiś rachunek gdziekolwiek.

    - Taki, jak u Wolnych Kupców?

    - To może... oops! - Jej dłoń fruwała nad klawiaturą, gdy odcinała dostęp do bazy danych. - Te podejrzliwe dranie założyły ukryty szyfr bezpieczeństwa.

    Sten zaczął coś mówić, potem obrócił się. Bet patrzyła na nich z zakłopotaniem.

    - Co ona robi?

    - Tworzy swój własny fundusz emerytalny - powiedział Sten.

    - To zauważyłam - stwierdziła Bet z niesmakiem. - Myślę o tym wymazywaniu.

    - Zaobserwowaliśmy, że służba bezpieczeństwa Kompanii prowadzi listy osób, sprawiających kłopoty. Migów, którzy nie zostali jeszcze poddani praniu mózgu albo zlikwidowani. Ida zlokalizowała te dane i wymazała je.

    - Zrobiłam coś jeszcze lepszego - wtrąciła się Ida, wycierając ręce w wyciągnięty przez robota ręcznik. - Dodałam jeszcze kod nakazujący zapominanie, tak więc każdy następny dodany plik automatycznie nie zostanie zapisany.

    Bet wyglądała na zaskoczoną. Ida obróciła się do pulpitu.

    - No, spróbujmy jeszcze raz podejść do tych środków płynnych.







   - Mówi Wolny Vulcan - szeptał głos z milionów głośników.

    Przerażeni Technicy służby bezpieczeństwa usiłowali zlokalizować sygnał źródłowy. Ale dopóki transmitowano go po kablu do stu różnych miejsc, raptownie zmienianych kilka razy na sekundę, ich zadanie było beznadziejne.

    - Zaczęło się. My, ludzie z Vulcana, zaczynamy wreszcie oddawać ciosy. Siedmiu urzędników Kompanii zostało usuniętych dzisiaj z powodu swoich przestępstw przeciwko robotnikom, popełnianych przez tyle lat. To jest początek. Na tym się nie skończy.







    Sten rzucił się na krzesło i wziął narkopiwo. Wypił je i sięgnął po następne.

    - Jakieś straty?

    - Tylko jedna. Oddział Osiemnasty. Łącznik został po drodze zatrzymany przez patrol. Rutynowa kontrola. Jego zabezpieczenie spanikowało i otworzyło ogień. Zabito wszystkich trzech.

    - Potrzebne nam nazwisko tego człowieka - powiedział Doc. - Męczennicy są smarem dla ludzkich rewolucji.

    Sten wsadził nos w swoje piwo. Nie był jeszcze we właściwym nastroju.







   - A oto idzie małe dziecko ulicy - powiedział z aprobatą Doc.

    Sten, leżący obok misia w kanale powietrznym wysoko ponad Centrum dla Gości, spojrzał uważnie przez lornetkę. W końcu znalazł Buntownika ubranego w kombinezon Miga, przedzierającego się przez tłum cudzoziemców z innych planet.

    - Wykąpałeś go, jak sądzę - stwierdził Doc. - Ma wyglądać jak mały aniołek, którego każdy człowiek chciałby mieć tylko dla siebie.

    Sten obrócił lornetkę na ścigających chłopca czterech Migów w mundurach strażników.

    - Zwolnij trochę, mały - zamruczał Sten. - Zaczynasz ich gubić.

    Tak jakby go słyszał, chłopak kręcił się bezcelowo przez parę sekund i "strażnicy" zdążyli dojść do niego. Pałki szokowe podniosły się...

    - No, tak - westchnął z zadowoleniem Doc. - Słyszę stąd bolesne krzyki małego. Co się dzieje?

    - Mmmm... a oto są.

    Żeglarze wylewali się z baru, w którym młody Buntownik pozwolił się złapać.

    - Czy są poruszeni do żywego?

    Sten przyjrzał się dokładnie twarzom cudzoziemców przez lornetkę.

    - Tak.

    Żeglarze zgromadzili się dookoła kotłującej się grupy. Jeden z nich wrzasnął coś o zbirach.

    - Dawaj, dawaj - szeptał Sten. - Ruszajcie się.

    Chłopak był lepszym aktorem niż czwórka dorosłych. Schylił się, ale wykręcił głowę i zatopił zęby w nodze jednego z mężczyzn. Wielki strażnik wrzasnął i sięgnął swoją wstrząsową pałką.

    Tego tylko było trzeba. Cudzoziemcy ruszyli natychmiast, łapiąc butelki i wybijając okna. Czterech "strażników" złapało chłopca i zaczęło uciekać w stronę wyjścia.

    Sten uderzył w jeden z klawiszy komputera obok i dzwonki alarmowe zaczęły brzęczeć.

    - Powiedz mi, co się dzieje - niecierpliwił się Doc.

    - Nasi ludzie opuścili kopułę. W porządku, teraz nadchodzi oddział szturmowy w szyku uderzeniowym.

    - A co robią żeglarze?

    - Atakują.

    - Doskonale. A teraz powinniśmy zobaczyć pierwszych dwóch czy trzech prawdziwych strażników. Ktoś może spanikować i włączyć swoją pałkę szokową na pełną moc i... - Doc uśmiechnął się anielsko.

    - No jasne. Wzięli pierwszego oficera. Cholera!

    - Rozumiem, że opowiadasz mi o tym, że moralnie poruszeni cudzoziemcy, będący świadkami brutalnego znęcania się nad czarującym bezbronnym dzieckiem oraz zaatakowani przez zbirów, reagują w najbardziej odpowiedni sposób, jaki jest możliwy.

    - Powiedz mi jeszcze jedno, Sten. Czy oni zjadają strażników?

    - Oni nie są kanibalami!

    - Szkoda. To ten rodzaj ludzkiego zachowania, jakiego jeszcze nie miałem okazji obserwować na własne oczy. Możesz kontynuować zadanie.

    Sten wziął wąż, przecisnął go pomiędzy kratami i skierował strumień gazu powodującego wymioty wprost do środka Centrum dla Gości, złapał Doca i szybko uciekli stamtąd.

    - Doskonałe, Sten. Doskonale. Wolni Kupcy są niezrównani w szerzeniu plotek. W końcu Kompania pokazała się w złym świetle. Przy odrobinie szczęścia kilku z tych żeglarzy przestrzeni może okazać się moralistami, w co zresztą szczerze wątpię, i odmówi wożenia ładunku. Zwłaszcza po tym, jak zastanowi się, dlaczego Kompania nie tylko wplątała ich w rozruchy, ale w dodatku zagazowała.

    Sten doszedł do wniosku, że jedyną rzeczą, mogącą uszczęśliwić Doca, jest masakra sierot.







    DYREKTYWA KOMPANII - NATYCHMIAST WPROWADZIĆ W ŻYCIE

    Z powodu złych wyników, następujące kopuły rekreacyjne, przeznaczone dla robotników - Niewykwalifikowanych eMigrantów, maja być natychmiast zamknięte: numery 7, 93, 70.







    W eksplozjach w próżni jest coś wspaniałego, zdecydował po raz setny Alex, oglądając, jak latarniowiec staje się kulą ognia. Tworzą się niemal idealne okręgi.

    Spakował swoje narzędzia i wyszedł z doku załadunkowego.

    Cztery inne skrzynki, stojące obok tej, która właśnie zniknęła w ładowni cudzoziemskiego statku, stanowiły pułapki minowe. Z pewną tylko różnicą. Jedynie ktoś z doświadczeniem Alexa mógł stwierdzić, że nigdy nie opuszczą Vulcana. Pierwsza eksplozja miała przyciągnąć uwagę Wolnych Kupców, niszcząc tylko robota - latarniowca, następne miały zniechęcać ich do przewożenia ładunków Kompanii.







    DYREKTYWA KOMPANII - TYLKO DLA PBRSONELU BEZPIECZEŃSTWA

    Niniejszym z efektem natychmiastowym unieważnia się wszystkie Karty Identyfikacyjne wydane dla personelu pracującego w następujących punktach: Centra dla Gości, Przeładunek Transportu, Oddział Magazynowy. Nowe przepustki będą wydawane indywidualnie. Dlatego też każdy członek patrolu albo funkcjonariusz służby bezpieczeństwa, który przepuści osobę używającą KI starego typu zostanie ukarany w trybie dyscyplinarnym.







    Sekretarka starannie sprawdziła biurko Gaitsena. Świetlne pióro ułożone właściwie, linia tylko dla Execów gotowa do użycia, krzesło ustawione dokładnie w odległości tylu, ile trzeba centymetrów od biurka.

    Wydajność to podstawa, Stanskill, powtarzał caągle Gaitsen. Cholerna szkoda, pomyślała sobie sekretarka, że nigdy nie stosował tego do siebie w łóżku. Za bardzo zajęty obawą o swoje serce, zapewne.

    Podeszła do drzwi, otworzyła je i rozejrzała się dookoła po raz ostatni. Wszystko znajome i na swoim miejscu, dokładnie tak, jak Exec tego żądał. Przeszła przez drzwi i tak jak jej powiedziano, zostawiła swoje rzeczy na własnym biurku w poczekalni. Sprawdziła zegar. Gaitsen powinien właśnie wychodzić z wanny.

    Przyklękła przy otworze wentylacyjnym. Czekający niecierpliwie Buntownik otworzył ekran. Kobieta wpełzła do środka i zniknęła.

    Podczas, gdy ostrożnie skręcała pod kątem dziewięćdziesięciu stopni wewnątrz ciasnego przewodu, szczerze żałowała, że nie będzie mogła zobaczyć, jak Gaitsen opadnie ciężko na swoje ulubione krzesło.







   - Alvor?

    - Taa? - brodaty szef zespołu popatrzył Stenowi przez ramię.

    - Czy to ty likwidowałeś Brauna?

    - Nigdy nie słyszałem o tym śmieciu.

    Sten kiwnął głową i przewinął raport bezpieczeństwa. Ktokolwiek zabił Brauna - niskiego rangą Execa z Wydziału Planowania Produkcji - musiał załatwiać jakieś prywatne porachunki. Zastanawiał się przez chwilę. Nie. Wolny Vulcan nie ogłosi tego zabójstwa wraz z innymi. To może nawet bardziej zdenerwować Kompanię.







    DYREKTYWA KOMPANII - TYLKO DLA PERSONELU BEZPIECZEŃSTWA

    Przed rozpoczęciem rutynowego patrolu należy uzgodnić trasę z szefem zmiany i sprawdzić na wykresie R79L. Obszary zaznaczone na niebiesko muszą być patrolowane wyłącznie przez zespoły czteroosobowe wyposażone w paralizatory. ROZMOWA Z OSOBAMI POSTRONNYMI O TEJ MODYFIKACJI POSTĘPOWANIA TEST ZABRONIONA.







   - Tu mówi Wolny Vulcan - rezonował głośnik. - Chcielibyśmy wiedzieć, jak czujecie się wy, kierownicy i ludzie służby bezpieczeństwa. Tak, jakby pętla zaciskała się wam na szyi?

    I kontynuował:

    - Mnóstwo różnych rzeczy się zdarzyło, czyż nie? Co się stało z tym patrolem strażników, wysłanym do Magazynu Y008? Nikt już o nim więcej nie słyszał, prawda? A Exec Gaitsen? To musiało być bardzo nieprzyjemne. Nie za szybko umierał. Może wy, szefowie, którzy używacie swoich sekretarek jako panienek do zabawy, zastanowicie się przez chwilę nad Gaitsenem. Tak. Pętla istnieje. I staje się coraz ciaśniejsza, czujecie to?

    - Znaleźliście jakiś ślad? - Thoresen zmarszczył brwi.

    - Nie, sir. I zdaje mi się, panie Baronie, że nie będziemy w stanie tego zrobić.

    Thoresen wyczyścił ekran i połączył się z innym departamentem.

    - Semantyka. Tak, panie Baronie?

    - Czy wykonaliście analizę tego głosu?

    - Tak jest, sir. Bardzo przybliżoną. Nie Mig, nie Tech. Nawet mimo że głos Wolnego Vulcana...

    - Powiedziano ci, że masz nie używać tego terminu, Techniku!

    - Przepraszam, sir. Przypuszczamy, że ten głos jest syntetyzowany, sir. Przykro mi.

    Thoresen wyłączył się, sprawdził godzinę i skierował się do salle d'armes. Zdjął pałasz z wieszaka i obrócił się do instruktora.

    - Zaczynamy - warknął. - I to na poważnie!







    Sten z powątpiewaniem patrzył na farmę hydroponiczną. Wyglądała dokładnie tak samo, jak przed krzątaniną Alexa. Roboty rolnicze nadal z czułością troszczyły się o produkty przeznaczone dla Execów.

    - Jesteś pewien, że to dobrze pójdzie? - zapytał sceptycznie. Alex poklepał go protekcjonalnie.

    - Wiem, że nie masz pojęcia, na co patrzysz, stary. Ale lepiej nie ucz ojca dzieci robić.

    Sten poszedł za nim do punktu załadunkowego i schował się do środka. Alex pozwolił drzwiom niemal się zamknąć, a potem zablokował je nie domknięte przy użyciu małej, metalowej sztabki.

    - A teraz patrz...

    Wystrzelił małą flarę bezpieczeństwa, celując w sam środek farmy, i wyciągnął sztabkę. Gdy drzwi zamykały się, Sten zdążył zauważyć, że cały przedział wypełnił się od podłoża do sufitu zwartą masą ognia.

    - Musisz wiedzieć - powiedział Alex, gdy podmuch uderzył w drzwi - że to jest właśnie to, co nazywamy eksplozją pyłową. Wkładasz odpowiedni składnik do podajnika nawozu, wysuszasz rozpuszczalnik i pył rozprzestrzenia się po pomieszczeniu. Wystarczy dodać trochę ognia i... - Alex sapnął z zadowoleniem.







    TYLKO DLA PERSONELU KIEROWNICZEGO

    Stwierdziliśmy ostatnio niezwykle dużą liczbę podań o przeniesienie, wczesne emerytury lub zwolnienie. Jesteśmy bardzo , rozczarowani. Podczas tych niespokojnych chwil Kompania potrzebuje swoich najbardziej wykwalifikowanych pracowników skrupulatnie wypełniających obowiązki. Z tego powodu podobne prośby nie zostaną uwzględnione aż do odwołania.

Thoresen







   Webb poderżnął od ucha do ucha gardło strażnika, wstał i wytarł ręce. Podszedł do jedynego ocalałego członka dziesięcioosobowego patrolu, trzymanego przy ścianie przez dwóch potężnych Migów.

    - Puśćcie go, chłopcy.

    Zdziwieni Migowie uwolnili strażnika.

    - Zawrzemy z tobą układ - powiedział Webb. - Nie zostaniesz skasowany, jak reszta tego śmiecia. Pozwolimy ci odejść. Dwóch Migów zdziwiło się jeszcze bardziej.

    - Pójdziesz sobie po prostu do swoich koszar i powiesz swoim kumplom, co się wam przytrafiło.

    Strażnik, niemal sztywny ze strachu, kiwnął głową.

    - I następnym razem, kiedy wyślą cię na patrol, lepiej nie szalej dookoła jak jakiś cholerny bohater. Rób mało hałasu. Nie bądź zbyt ciekawy, co też dzieje się w dole korytarza i nie patrz tam. Nie chciałbyś chyba wiedzieć, co tam zaszło. Pozwólcie mu iść, chłopcy.

    Strażnik popatrzył na oddział Migów i poszedł. Przesuwał się nieśmiało do zakrętu korytarza, obrócił się i zniknął.

    - Myślisz, że zrobi to, co chciałeś, Webb? - zapytał jeden z jego ruda.

    - To nie ma znaczenia. Innymi słowy, nie jest już wart nawet splunięcia. I czy nie wydaje ci się, że bezpieczeństwo zdziwi się nieco, że to on właśnie ocalał i nie ma żadnych obrażeń?

    - Dalej nic nie rozumiem.

    - I dlatego nie jesteś dowódcą oddziału. Jeszcze. Chodźmy. Musimy posprzątać.

    Pięcioosobowy patrol zanurkował, gdy Frick i Frack szybowali w dół z wysokich dźwigarów magazynu. Jeden z mężczyzn miał dość czasu na to, aby podnieść swoją broń i wypalić kilka dziur przez skrzynki, zanim minikapsułki białego fosforu uległy samozapłonowi.

    Dwa stworzenia odleciały prędko w bok, z ciekawością obserwując piekło poniżej, kiedy fosfor przepalał ciało i kości, a potem wylądowały w przewodzie wentylacyjnym wysoko w górze.







   - Ty! Co to jest? Brązowe gówno?

    - Potrawka z soi - odpowiedział Sten. - Chcesz trochę?

    - Nie. Nie potrzebuję żadnych dodatkowych chorób. Sam sobie wezmę. - Tech - medyk nabrał sobie potrawki z wazy na tacę, a potem przesunął się w kolejce.

    Sten, z twarzą starannie wypraną z jakiegokolwiek wyrazu, spojrzał w dół kolejki na Bet. Oboje mieli na sobie białe fartuchy i nie można było odróżnić ich od innych pracowników w jadalni personelu Żłobka. Część umysłu Stena rozpoczęła odliczanie, podczas gdy inna rejestrowała urywki rozmów prowadzonych przy stole przez Techników.

    - Cholerne małe potworki! Tatusiu to, tatusiu tamto i tatusiu, ja muszę być dzisiaj kosmicznym holownikiem i...

    - Gdybyśmy ich nie potrzebowali, Kompania powinna wysłać ich prosto w przestrzeń...

    - Opowiadaj im historyjki, głaszcz po głowie, sprzątaj po nich, kiedy nabrudzą. Kompania płaci nam zdecydowanie za mało.

    - Jak idzie z Billym?

    - Ja i ten śmierdziel dochodzimy wreszcie do porozumienia. Dałem mu oczyszczalnię ścieków i zostawiłem tam na dwie zmiany. Cholerny gówniarz nauczy się wreszcie.

    - Tak właściwie, doktorze, to nie ma powodu, aby Kompania utrzymywała nadal te stworzenia tak, jak dotychczas. Jestem właśnie w trakcie ustalania programu, który pozwoli na użycie kontrolowanych amputacji.

    - Hmmm. Interesująca koncepcja. Możemy rozwinąć to w...

    Czas.

    Sten zatrzasnął zamek swojego karabinu, odbezpieczył go i podniósł do góry, palec tuż przy spuście. Dwóch wchodzących strażników upadło z dziurami wielkości pięści w piersiach.

    - W dół! Wszyscy w dół! - krzyknęła Bet, ludzie popatrzyli na nią, a potem padli, gdy Sten wyjął dwa granaty ze swojej torby i trafił nimi w środek hallu.

    Bet rozrzucała pełną garść pastylek ogniowych po pokoju i oboje położyli się obok reszty.

    Mijały sekundy i nastała ogłupiała cisza, a potem wrzask z drugiej strony kolejki. I wszechogarniający blask.

    Sten podniósł głowę i spojrzał na Bet. Śmiała się. Skoczył na równe nogi i pocdągnął ją do góry. Potrząsnął nią. Wróciła do rzeczywistości, kiedy popychał ją do zsypu na śmieci, będącego ich wyjściem ratunkowym.

    Tak naprawdę, to rozumiał ją teraz trochę lepiej.







   - Tu mówi Wolny Vulcan. Wiemy, co znaczy być Migiem, Żyć pod butem Kompanii. Mieć świadomość, że nie ma sprawiedliwości ani prawa, oprócz stworzonego przez tych, którzy posiadają władzę. A teraz sprawiedliwość zawita na Vulcan. Sprawiedliwość dla tych, którzy przez wieki żyli w terrorze. Migowie. Wiecie, kim są wasi Doradcy, i że komitety zażaleń są czystą kpiną.

    Spiker podniósł nieco głos.

    - Koniec z tym. Od następnej zmiany Wolny Vulcan zaprowadzi tu prawa przysługujące każdemu wolnemu człowiekowi w galaktyce. Jeśli twój majster zmusza cię do podwójnej pracy, jeśli współpracownik donosi szefom, jeśli twoi synowie i córki zostali ci odebrani przez Kompanię, położymy wreszcie temu kres. Teraz. Wolny Vulcan zajmie się tymi, którzy zrobili z was niewolników.

    Głos złagodniał.

    - Jeżeli masz jakieś skargi, mów o tym. Nie szkodzi, że nie `~`' wiesz, kto należy do Wolnego Vulcana. Może kolega z pracy, inny robotnik przy taśmie, panienka lub chłopak do zabawy, nawet Tech. Twoje słowa zostaną usłyszane i nasze sądy podejmą pracę. Przynosimy wam sprawiedliwość, ludzie z Vulcana.







    POLITYKA KOMPANII - TYLKO DLA DORADCÓW I KIEROWNICTWA BEZPIECZEŃSTWA

    Nagły brak zainteresowania Migów naszym programem zażaleń został poddany mi pod uwagę. Naszym zdaniem zaniepokojenie działalnością malej bandy malkontentów nazywających się "Wolnym Vulcanem" jest nadmierne, ponieważ panujemy nad sytuacją.

    Execowie ze Służby Bezpieczeństwa ustalili, że główne obszary, na których występują wspomniane braki zainteresowania, pokrywają się z obszarami, na których zlokalizowano malkontentów. Zastosowanie odpowiednich środków, z najsurowszymi włącznie, jest konieczne. Z dużym naciskiem sugerujemy, aby Doradcy uświadomili robotnikom, za których dobro odpowiadają, fakt, iż osoby zachęcające do udziału w wymierzaniu "sprawiedliwości ", zapowiadanym przez owych malkontentów, również poniosą konsekwencje swojego postępowania.

Thoresen







   - Zastanawiałam się nad tym - wycedziła Ida rozdawszy wszystkim szklanki z alkoholem - że chyba żadne z nas nie jest człowiekiem, jakim chcieliby nas widzieć nasi rodzice.

    - Niektórzy z nas - powiedziała gwałtownie Bet - należą do tego rodzaju ludzi, którzy przede wszystkim nie chcieliby mieć nic wspólnego z naszymi rodzicami.

    - Czy nie jesteś aby odrobinę zgorzkniała, skarbie? spytał Alex.

    - Rodzice? - skrzeknął Frick.

    - Dlaczego miałaby kolonia, nasza kolonia przejmować się tym? - pisnął potwierdzenie Frack.

    - Jeśli wy, ludzie, nie powodujecie bólu u innych osobników swojego gatunku - powiedział Doc - to nie możecie się doczekać, aby sprawić go sobie, czyż nie?

    Sten zainteresował się.

    - A jak misiaczki dają sobie radę ze swoim potomstwem, Doc?

    - To nie jest istotne. Po pierwsze, podczas procesu zapładniania samiec opróżnia swój członek i po kopulacji szybko ginie. - Wąsy Doca poruszały się szybko. - Gdy małe zalęgnie się w samicy, to egzystuje... o, jako rodzaj pasożyta aż do porodu. Moment narodzin, oczywiście, oznacza także moment śmierci samicy.

    Bet zamrugała.

    - To zdecydowanie ogranicza wasze życie seksualne, prawda?

    - Zastanawiałem się nad tym, dlaczego ludzki umysł nie znajduje się fizjologicznie poniżej pępka - stwierdził Doc ponieważ większość waszych myśli koncentruje się w tym właśnie rejonie. Ale, żeby odpowiedzieć na to pytanie, muszę wyjaśnić, że ci z nas, którzy w sposób właściwy zajmują się aranżowaniem własnej przyszłości, decydują się na sterylizację. Operacja ta przedłuża nasze życie o prawie sto E - lat.

    Sten nie mógł się zdecydować, czy ma się śmiać, czy być zakłopotanym.

    - Mogę to sobie wyobrazić - wycedził Jorgensen. - Idziesz sobie spokojnie drogą. Wyrasta przed tobą farma. Przeciskasz się przez krzaki, strzelasz po oknach do snajperów, potem zygzakujesz do drzwi, otwierasz kopniakiem, wrzucasz granat, wtaczasz się nie przerywając ognia, w końcu stajesz na nogi i wołasz "Mamusiu, wróciłem do domu!"

    - Nie mam pojęcia, dlaczego wy wszyscy tak się tym przejmujecie - zakończył sprawę Alex. - Przecież żadne z nas nie wyjdzie żywe z Modliszki. - Dopił swojego drinka i poszedł po następnego, nie wyglądając na szczególnie zainteresowanego tematem.







    Pot ściekał po twarzy Doradcy na jego podarte, brudne szaty.

    - Nie ma ani odrobiny prawdy w tych opowieściach. Moja troska o was, Migów...

    - Może my i używamy tego słowa - przerwał mu krzepki Mig - ale nie brzmi ono przez to lepiej w twoich ustach.

    - Bardzo przepraszam. Ma pan oczywiście rację. Ale... naprawdę, nigdy nie miałem zamiaru pozbawić żadnego... Robotnika eMigranta jego całkowicie legalnie zarobionego czasu dla osiągnięcia swoich osobistych korzyści. To kłamstwo. Opowiastka sklecona przez moich wrogów.

    Pięciu przywódcom oddziałów udało się jednocześnie przybrać miny pełne niedowierzania.

    Sten zza ekranu osłaniającego wejście do przewodu wentylacyjnego przyglądał się uważnie jednej ze stron "sądu", usytuowanego w opuszczonym magazynie. Stwierdził, że interesujące jest to, że nie czuje nienawiści do Doradcy tak intensywnie jak przedtem. Z drugiej strony nie miał żadnej ochoty na interwencję.

    - Możecie sprawdzić moje konto - ciągnął Doradca. - Zawsze byłem znany ze swojej uczciwości.

    Gorzki śmiech zagłuszył to, co miał zamiar mówić dalej.

    - Nie będziemy już więcej wracać do tego tematu - stwierdził Alvor. - Ale pozostaje nadal otwarta sprawa Migów, którym wyznaczałeś zabójcze dla nich stanowiska, bo nie chcieli dać ~ tego, czego żądałeś. Znam też dwóch, może trzech ludzi posłanych przez ciebie na pranie mózgu.

    Jeden z Migów z drugiego końca stołu, który do tej pory siedział cicho wpatrując się w Doradcę, poderwał się nagle.

    - Mam pytanie, chłopaki. Chciałbym je osobiście zadać temu śmierdzielowi. Czego chciałeś od mojej Janice, że wystraszyła się i uciekła do Buntowników?

    Doradca oblizał usta. Mig złapał go za włosy i podniósł z krzesła.

    - Nie odpowiedziałeś na moje pytanie.

    - To... to było... jakieś nieporozumienie. Niezrozumienie mojego sposobu komunikowania się.

    - Komunikowania się. Tak mówisz, hę? Ona miała dziesięć lat.

    Sten wstał. Mig trzymający Doradcę cofnął się nieco. Popatrzył na innych przywódców oddziałów.

    - Nie potrzebuję już nic więcej. Głosuję: winny. I zgodny chór potwierdził jego wyrok.

    - Jednogłośnie - stwierdził Alvor. - Jaka kara?

    Sten kopnął ekran i wyszedł na salę.

    - Oddajcie go tym, których podobno był przyjacielem. Tam na zewnątrz.

    Oczy Doradcy rozjarzyły się. A potem zaczął wrzeszczeć i wyrywać się, gdy Migowie złapali go, otworzyli podwójne drzwi i popchnęli: Doradca pół wypadł, pół zatoczył wprost w ręce czekających na zewnątrz robotników.

    Alvor zamknął drzwi. Ale ryk tłumu na zewnątrz dobiegał bardzo wyraźnie.

    To był pierwszy.







   - To tak, jak popychanie kostek domina - powiedział Sten. On i Alex kierowali się z powrotem na statek. - Jeszcze trzy dni i możemy przestać chować się za krzakami, zacząć rewolucję i przywołać Gwardię.

    - Przestań liczyć swoje kurczaki, jeśli są jeszcze w jajkach.

    - A co, do cholery, to ma znaczyć?

    Nie wiem. Ale moja babka zwykła tak mówić.

    - A nie mógłbyś wyrażać się nieco bardziej zrozumiale?

    - Ja mówię właściwie, to twoje uszy źle odbierają.

    - No jasne. Ale zobacz. Wszystko już ustalone. A, przygotowaliśmy ruch oporu. B, zaczynamy naprawiać to, co złe, i zabijamy każdego Execa, którego możemy dopaść, i każdego Techa, który za bardzo się mądrzy.

    - No. Nie jest tak źle - jak dotąd.

    - C, budujemy broń i szkolimy Migów w jej używaniu. D, ustalamy własny, alternatywny rząd, tak jak uczono nas podczas treningu. W końcu E, za trzy dni strzelimy palcami i rewolucja się rozpocznie.

    Alex zdjął swój karabin i zatrzymał się.

    - Nie wiesz jednej rzeczy, Sten - powiedział. - Jeśli mężczyzna czy kobieta raz dostaną broń w swoje ręce, to nie można przewidzieć, co stanie się dalej. Dam ci przykład. Mój brat. On też należał do Modliszki. Pojechał na jeden przyjemny barbarzyński świat, bo nasz nieustraszony Imperator zdecydował, że powinien tam powstać nowy rząd. Chwytasz to? No więc, przyłączyli się do tamtejszych ludzi, nauczyli ich, jak wstać z kolan i walczyć. Nauczyli ich bycia dumnymi istotami, a nie pełzającymi robakami.

    - Chyba nie łapię - powiedaał Sten.

    - A więc wywiesili zakrwawioną, czerwoną flagę rewolucji i zaczęło się. Ludzie zarzynali się nawzajem w łóżkach. Mój brat trzymał się rządu, który ustanowili zamiast tamtych starych kumpli. Ale ludzie tak pokochali krew i zabijanie, że zmienili i ten nowy rząd w bydło rzeźne, tak jak i pierwszy. Mój brat wydostał się z tego świata bez jednej ręki. A więc wrócił do hodowania owiec w Edynburgu, a ja poszedłem na jego miejsce, aby podtrzymywać dobre imię klanu. Mam za sobą już długą drogę, ale najlepszą, jaką umiałem wybrać. Kiedy zawierasz pakt z ogniem, to nie możesz przewidzieć, co się spali.

    Alex założył karabin z powrotem i w ciszy poszli do śluzy powietrznej statku.

    Powitał ich dziki wrzask Idy, krzyczącej w osłupieniu:

    - Cholera! Cholera! Cholera! - Terminal komputera przeleciał przez pokój i walnął prosto w obraz.

    - Co się stało?

    - Zupełnie nic. Ale zobacz, co ci twoi cholerni Migowie wyprawiają! - Machnęła ręką w kierunku ekranów stojących w pokoju. Sten stwierdził, że inni członkowie zespołu i Bet patrzą w milczeniu.

    - Wszystkie są nastawione na kanały służby bezpieczeństwa. Patrz na tych głupców!

    - Do ciężkiej cholery, Ido, powiedz wreszcie, co się stało! - O ile zdołaliśmy ustalić - wtrącił się Doc - patrol strażników przenosił kilku niepoprawnych Migów na południe, do Sekcji Zewnętrznej. Jeden z owych Migów w tym transporcie musiał mieć kilku przyjaciół.

    Sten popatrzył na ekrany, potem podszedł do podajnika alkoholu i nalał sobie szklankę.

    - A więc postanowili uratować go - ciągnęła Ida. - Oczywiście patrol wezwał posiłki, a kumple tego faceta zrobili to samo. Co wciągnęło większość z naszych oddziałów na południu. Patrz.

    Sten przyjrzał się dokładnie migającym ekranom. Od czasu do czasu rozpoznawał kolejne twarze z ruchu oporu.

    - No cóż - powiedział Jorgensen - wykopali całą swoją broń i wybrali się na polowanie na niedźwiedzia.

    Ida uśmiechnęła się do Stena szyderczo i zaczęła włączać dźwięk przy poszczególnych ekranach. Zafascynowany Sten usiadł i patrzył.

    Na jednym z ekranów grupa wrzeszczących Migów atakowała oddział strażników ukryty za przewróconym wozem. Paralizatory wystrzeliły i Migowie padli.

    Na innym monitorze ujrzał kobietę, Miga, machającą uciętą głową strażnika, prowadzącą niewielki oddział bojowników powstania prosto na klin strażników. Kamera błysnęła i wyłączyła się, ale wydawało się, że padło więcej członków patrolu niż Migów.

    Trzem ekran pokazywał wejście do Sekcji Zewnętrznej. Śluza była barykadowana i strażnicy umacniali blokadę dookoła niej. Migowie strzelali do nich z korytarza i otworów wentylacyjnych.

    Sten obrócił się i dopił drinka.

    - Cholera. Cholera. Cholera.

    - Już to mówiłam - zauważyła Ida. Sten obrócił się do Jorgensena.

    - Miytkina.

    Oczy Jorgensena stężały. Wpadł w swój trans.

    - Zaobserwowane wydarzenia. Prognoza.

    - Niemożliwe ustalenie dokładnych wyników. Ale, ogólnie, niepożądane.

    - Szczegóły.

    - Jeżeli rewolucja, a szczególnie sztucznie wywołana, tak jak ta, wybuchnie przed terminem, wystąpią następujące problemy: Członkowie ruchu oporu o najsilniejszych motywacjach i najlepiej wyszkoleni z bardzo wysokim prawdopodobieństwem zostaną wyeliminowani, ponieważ będą atakować spontanicznie, a nie zgodnie z wyznaczonym planem; tajni współpracownicy zostaną usunięci, ponieważ ujawnienie się jest dla nich kwestią przeżycia; dopóki zdolność bojowa nie osiągnie swojego apogeum, prawdopodobieństwo tego, że istniejący reżim będzie w stanie zwyciężyć rewolucję jest niemal stuprocentowe. Przykłady...

    - Zawiesić program - przerwał Sten. - Jeśli wszystko pryśnie, to ile czasu zabierze zebranie tego znowu do kupy?

    - Frazeologia nietypowa - powiedział Jorgensen - ale zrozumiała. Po zdławieniu rewolucji represje zostaną zintensyfikowane; wywołanie na nowo aktywności rewolucyjnej zajmie dłuższy okres. Przewidywana stagnacja: dziesięć do dwudziestu lat.

    Sten nie zadał sobie nawet trudu, by zakląć. Po prostu nalał następnego drinka.

    - Sten! - wrzasnęła nagle Bet. - Patrz. Na ten ekran.

    Sten obrócił się. Potem spojrzał. Ekran, na który wskazywała dziewczyna, ustawiono na wejście do Sekcji Zewnętrznej.

    - Ale - usłyszał głos Doca - oni nie są naszymi ludźmi.

    Nie byli. "Oni" stanowili solidny mur utworzony z Migów. Nie uzbrojonych albo niosących pałki czy zaimprowizowane maczugi. Atakowali wprost w skoncentrowanym ogniu grup strażników zgromadzonych dookoła wejścia. I umierali, fala za falą.

    Ale nadal dążyli do przodu, czołgając się przez ciała własnych zmarłych, aby w końcu przewracać się na obrońców. Nie włączono głosu, ale Sten doskonale sobie to wyobrażał. Zobaczył chłopca - tak na oko dziesięciolatka - wstającego na nogi. Wymachiwał... Sten przełknął ślinę. Z trudem. Do tego czegoś nadal przyczepione były resztki munduru strażnika.

    Więcej Migów pobiegło do przodu, oddziały uzbrojone w stalowe belki wyrwane z obszarów roboczych. Walili w drzwi Sekcji Zewnętrznej i drzwi upadły w końcu.

    Jorgensen, nadal w transie, mówił monotonnie:

    - Ale istnieją jednak przykłady spontanicznego zrywu zakończonego sukcesem, takie jak uciskane rasowo społeczeństwo miasta Johannesburg.

    - Dwa Miyitkina - warknął Sten.

    - Mam malutką sugestię - powiedział Alex. - Proponuję, abyśmy przyłączyli się do naszych kumpli, zanim nasza rewolucja skończy się bez nas.







    Sten przeszedł przez rozwalone okno kapsuły kontrolnej w kopule rekreacyjnej i spojrzał w dół na tysiące wgapiających się w niego twarzy. Spoconych, zakrwawionych, brudnych i gniewnych.

    To nie miało żadnego sensu. Z militarnego punktu widzenia. Jedna rakieta mogła zmieść nie tylko zgromadzoną Sekcję Modliszki, ale też wszystkich robotników z ruchu oporu, których tak pracowicie szkolili i rekrutowali przez ponad miesiąc.

    Chrzanić sens, pomyślał Sten i włączył mikrofon.

    - KOBIETY I MĘŻCZYŹNI VULCANA! - jego głos grzmiał i odbijał się echem po całej kopule.

    Stwierdził, że kamery służby bezpieczeństwa nadal działają i że widać go doskonale. Zastanawiał się, czy Thoresen będzie w stanie zidentyfikować go.

    - Wolne kobiety i mężczyźni Vulcana - poprawił się natychmiast. Poczekał, aż ucichnie szum. - Przybyliśmy na Vulcan po to, aby pomóc wam walczyć o waszą wolność. Ale nie potrzebowaliście naszej pomocy. Zaatakowaliście broń Kompanii gołymi rękami. I zwyciężyliście. Ale Kompania nadal istnieje. ~y~e w Oku. I dopóki nie będziemy mogli uczcić naszego zwycięstwa w Oku, to nie zdobyliśmy niczego. Nadszedł czas... Teraz właśnie nadszedł dla nas czas, aby wam pomóc. Pomóc wam uwolnić Vulcan! - Sten wyłączył przycisk mikrofonu i wyszedł z kapsuły.

    Alex kiwał głową z aprobatą.

    - No cóż, nie jesteś szczególnym orłem, ale poszło ci całkiem nieźle. A teraz, skoro już przeszliśmy przez te wszystkie formalności, to może wyślemy sygnał i przejdziemy do prawdziwej roboty?







    Myor yjhh mmui oert mmcv ccvx awlo...

    Mahoney przesunął się na bok i pozwolił Imperatorowi przeczytać zdekodowany przekaz:

    Etap pierwszy zakończony. Yulcan ogarnięty rewolucją. Zaczynamy etap drugi.

    Imperator odetchnął głęboko.

    - Proszę uruchomić Pierwszy i Drugi Szturmowy Pułk Gwardii zgodnie z ustaleniami Operacji Bravo, Pułkowniku.

następny